Jadwiga Teresa Papi – Jan z Kolna

Jadwiga Teresa Papi, Obrazki dziejowe dla młodzieży, Jan z Kolna, Warszawa: 1879 (Kraków

Gromadka dzieci zbiegła się nad Jezioro Krusko, leżące w pobliżu miasta Kolna, na spokojnych jego wodach płynęła bowiem maleńka tratwa z trzech desek zbita, a dzieci, goniąc ją wzrokiem ciekawie, klaskały w ręce, ile razy prąd silniejszy wody ją porywał; w końcu, napatrzywszy się jej dowoli, rozbiegły się w różne strony. Nad brzegiem jeziora został jeden tylko chłopiec, około dwunastu lat mający, i usiadłszy na trawniku, rękoma oplótł kolana i wzrokiem ścigał tratwę.

– A, – szepnął sam do siebie – gdyby to jezioro w morze zamienić się mogło, a tratw a stać się okrętem, wskoczyłbym na nią natychmiast i popłynął daleko! daleko!

– Janku, chodźże się z nami bawić!… cóż tam tak patrzysz ciągle na tę tratwę? – odezwała się dziewięcioletnia dziewczynka, która, odbiegłszy przed chwilą z nad brzegów jeziora, powróciła znowu do brata.

Ponieważ Janek nie słyszał jej wołania, więc dziewczynka zbliżyła się do niego i rękę mu na ramieniu położyła; teraz dopiero zbudził się chłopiec z zamyślenia i podniósł oczy.

– A! to ty, siostrzyczko, – rzekł łagodnie: – czego chcesz ode mnie?

– Powiedz mi, Janku, o czem ty myślisz tak codzień, siedząc nad tem jeziorem? – rzekła dziewczynka. – Wiesz co, gdy cię widzę tak zamyślonego, to mi się bardzo smutno robi. Zdaje mi się, jakbyś gdzie odjechał daleko i nie było cię między nami.

Janek uśmiechnął się.

– I nie mylisz się, siostrzyczko, – rzekł – bo ja wtedy od was daleko, bardzo daleko. Płynę po morzach, odkrywam nieznane kraje i krzyże stawiam wśród pogan tam zamieszkujących.

Dziewczynka spojrzała nań zdumiona.

– Pamiętasz – ciągnął dalej Janek – co to ksiądz proboszcz mówił ostatnim razem przy obiedzie, iż prawdopodobnie są jeszcze na świecie kraje nam nieznane; słyszałaś, jak on żałował tych biednych ludzi, co to żyją pogrążeni jeszcze w ciemnocie pogańskiej; otóż mnie wtedy dziwna myśl przyszła: Dlaczegóż nie miałbym pojechać i szukać tych krajów?… powiedziałem sobie.

– Ty? – rzekła dziewczynka – ty? – i śmiać się zaczęła. – Co też tobie w głowie!

Janek zarumienił się.

– Przecież zawsze dzieckiem nie będę – rzekł z pewną, urazą. – A wiesz dobrze, iż ojciec powiada, że mężczyzna nie powinien mówić: „Ja tego nie mógłbym zrobić, to nad siły moje,”- lecz każdy winien próbować sił swoich odważnie. Kiedy wziąłem dziś kilka deseczek prostych i powiedziałem ci, że zbuduję tratwę, śmiałaś się i rzekłaś z niedowierzaniem: „Zobaczymy!” – a przecież zbudowałem.

– Ba! tratwę zrobić, a kraje nieznane odkrywać, to wielka różnica – odpowiedziała dziewczynka.

– Taka różnica, jak między mną, młodym chłopcem, a dorosłym mężczyzną, jakim kiedyś będę.

– Zobaczymy – rzekła; – a tymczasem chodź do domu, rodzice z wieczerzą czekają.

To powiedziawszy, podała chłopcu rękę; on w stał żwawo, poczem oboje skierowali się ku miastu.

Kolno, leżące w pobliżu jeziora Krusko, nad rzeką Łabną, dziś nędzne i upadłe, w epoce, w której rozpoczynamy nasze opowiadanie, było bogate, ładne i ruchliwe. Czasy panowania Kazimierza Jagiellończyka były dla niego czasami najświetniejszemi: handel rozwijał się w niem pomyślnie, a pracowici mieszkańcy słynęli nietylko z zamożności, lecz i z wielkiej zacności.

Na samym końcu tego miasteczka, wśród ogródka, pełnego różnobarwnych kwiatów i drzew liściastych, stał drewniany, schludny i bielutki domek; tam to Janek i siostra jego zdążali razem, w nim bowiem mieszkali ich rodzice.

Przed domem pod rozłożystą wiśnią, na której kraśniały zdaleka piękne czereśnie, siedział mężczyzna średnich lat, z twarzą pogodną, uśmiechającą się do dzieci.

– Tatku! – krzyknęła dziewczynka i puściwszy brata, pobiegła ku siedzącemu, ujęła jego rękę i do ust przycisnęła.

Ojciec ucałował ją i posadził na kolanach.

– Gdzieżeś to biegała, przepióreczko moja? – zapytał, gładząc jasne włoski dziewczynki. – Całe popołudnie nie widziałem ciebie.

– Byliśmy z Jankiem nad jeziorem – odpowiedziała dziewczynka i poczęła rozpowiadać o wszystkiem obszernie, szczegółowo.

Nadszedł wkrótce i Janek, powitał ojca i siadł przy nim zamyślony.

– Cóż ci to? – odezwał się ojciec. – Znowu gonisz zwrokiem obłoki i dumasz o niebieskich migdałach?

– Ale gdzież tam, nie o migdałach, proszę tatki! – odezwała się dziewczynka. – On myśli ciągle o morzu, o okrętach i chce gdzieś daleko w świat wędrować.

– Co, co? wędrować? – zapytał ojciec, zwracając surowy wzrok na syna.

Dziewczynka powtórzyła całą rozmowę, jaką miała z bratem.

– Więc ciebie naprawdę takie myśli zajmują? – rzekł ojciec, wlepiwszy w niego wzrok przenikliwy.

Chłopiec spuścił oczy w ziemię, lecz głową dał znak przytwierdzenia.

– Chciałbym zostać marynarzem – szepnął ledwie dosłyszanym głosem.

– Marynarzem? – powtórzył niespokojnym tonem ojciec.

– Tak jest, pojadę szukać obcych, nieznanych światu krain. Wszak ojciec mi pozwoli, nie prawdaż? – dodał śmielej nieco. – Proboszcz powiada, iż za Irlandyą musi być jeszcze jakiś świat; ja go odkryję.

– Co ci się marzy? – zawołał ojciec. – Skądże podobna myśl powstała w twej głowie? Czy sądzisz, że taką podróż można odbyć bez pieniędzy? A potem, ileż to niebezpieczeństw zagraża żeglarzowi, który puszcza się na oceany, ileż trudności musi on zwalczać!

– Nie zastanawiałem się nad tem wszystkiem,- odrzekł Janek – lecz jestem pewny, iż mnie ani trudności, ani niebezpieczeństwa nie odstręczą.

Ojciec podniósł się z ławki i niespokojnym krokiem przechadzać się począł po ogrodzie.

– Widzisz, pogniewałeś tatkę, – szepnęła dziewczynka: – idź i przeproś go.

– Ja się nie gniewam na niego, – rzekł ojciec, przystając nagle przed dziećmi, – tylko mi ciężko na duszy. Skąd tobie, chłopcze, takie marzenia? Czyż nie byłoby ci przykro porzucać rodzinę, kraj, życie spokojne i pracowite w naszem mieście?

– Pewnie, że byłoby mi przykro porzucać drogich rodziców, ależ przecież Pan Bóg opiekuje się ludźmi wszędzie, a bez Jego woli włosek z głowy nie spadnie. To też mam nadzieję, że kiedyś za łaską Boską powróciłbym tutaj do drogich rodziców i wielką sprawiłbym wam radość, gdyby mi się poszczęściło w mojej podróży.

– Młody jeszcze jesteś i sam nie wiesz co mówisz. Dzieciństwa, głupstwa… wybij to sobie z głowy. Dość tego gadania, chodźmy na wieczerzę; matka dawno już wołała.

To powiedziawszy, wziął oboje dzieci za ręce i poszedł ku domowi.-

* * *

Cztery lata minęły od powyżej opisanej rozmowy. Janek wyrósł na dorastającego chłopca, zmężniał, i ojciec począł go naglić, aby obrał sobie jaki sposób do życia: został rzemieślnikiem, kupcem lub rolnikiem. Lecz chłopiec nie mógł się zdecydować i z dnia na dzień odwlekał ostateczną odpowiedź. Od rana do wieczora siedział tylko nad książkami, czytał, szperał i uczył się bez wytchnienia, a kiedy ojciec pytał go, czy już powziął jakie postanowienie, odpowiadał zwykle:

– Jeszcze nie, ojcze. Wybrać sobie zawód na całe życie to nie tak łatwo, a nieraz sam mi powiadałeś, że trzeba się nad tem dobrze zastanowić.

– Tak, w samej rzeczy, mówiłem; lecz dzień za dniem schodzi, a ty ciągle zwłóczysz. Czas już, mój chłopcze, żebyś doma darmo nie jadł chleba, a począł na siebie pracować. Jest was kilkoro, a ja, choć nie ubogi, przecież ciężko pracuję, żeby was wyżywić i okryć. Należałoby nieco ojcu ulżyć, mój synu.

Janek westchnął ciężko.

– Dziś jeszczebym zaczął pracować na siebie, gdyby ojciec dał zezwolenie swoje… – rzekł nieśmiało: – gdyby mi pozwolił uczyć się sztuki żeglarskiej…

Ojciec brwi namarszczył.

– Nie gniewajcie się, panie ojcze, na mnie – zawołał chłopiec, składając błagalnie ręce. – Oddawna ja się z tem biedzę i morduję, żeby sobie wybić z głowy tę chętkę do morza. Więc przestałem i tratwy budować, i jezioro omijałem zdaleka. I cóż, kiedy ciągle mi ta żeglarka w głowie! Chociaż w nocy zasnę, to mi się śni, że płynę gdzieś po morzu, że widzę jakieś nieznane kraje. Już sobie i rady dać nie mogę. Com ja się nie namodlił, nie nasuszył na tę intencyę, żeby mi Pan Bóg odebrał tę chętkę do pływania po morzu: nic nie pomaga… I jeżeli, panie ojcze, nie dozwolicie na to, to już nie wiem co się ze mną stanie.

To powiedziawszy, Janek ze łzami zaczął ściskać nogi ojca.

Stary podniósł go i przyciągnął ku sobie.

– Moje dziecko,-rzekł głosem wzruszonym- sam chcesz iść na zgubę. Nie chcę ci przeszkadzać… niech się dzieje wola Boża! Ale ręki do tego nie przyłożę, bo nie chcę mieć na sumieniu twojego życia. Morze niepewne: słaba deska przedziela człowieka od śmierci. Radźże sobie jak umiesz: wezwij Pana Boga na pomoc, a ja z mej strony będę się modlił za ciebie i prosił Stwórcy, ażeby cię miał w przenajświętszej opiece. Niechże cię Bóg błogosławi, mój synu!

Janek, rzewnie łkając, przyjął błogosławieństwo ojcowskie.

Na tem skończyła się rozmowa.

Nazajutrz Janek powrócił do zwykłych zajęć, a o obraniu zawodu dla chłopca nie wspominano już ani tego dnia, ani wielu następnych. Rodzice wyraźnie unikali rozmowy z synem, tylko szeptali pomiędzy sobą:

– Nie wspominajmy ani słówka, może mu jeszcze odejdzie chęć zgubna.

Sądzili, iż chłopiec, nie mając znikąd pomocy, zmieni swoje postanowienie i wybije sobie z głowy dziwne zachcianki. Widzieli oboje, iż od ostatniej rozmowy z ojcem Janek smutnym był i po kątach płakiwał, a często ni stąd ni zowąd, to przypadał do matki i ściskał ją za kolana, to siostrzyczkę ucałował bez powodu, ojcu na wyskok posługiwał a chęci jego uprzedzał, więc sobie z tego dobrze wróżyli.

– Spokorniał jakoś, – mówił ojciec do matki – to dobry znak. Widać żałuje, że się wyrwał z takim niemądrym zamysłem, tylko nie śmie się przyznać do tego, bo mu wstyd.

Nie należy się dziwić, że rodzice Janka taką mieli niechęć do synowego zamysłu. Wprawdzie na Zachodzie Portugalczykowie w owych czasach puszczali się na dalekie morza i odkryli nowe nieznane wyspy i wybrzeża afrykańskie, ale żegluga nie była wydoskonaloną, okręty licho zbudowane. Mianowicie też Polacy bardzo mało co o żegludze wiedzieli i dopiero teraz, po przyłączeniu do Polski Prus Zachodnich, zaczynali przez Gdańszczan zapoznawać się z morzem.

Rozpowiadano też rozmaite baśnie o morzach: miały w nich przebywać straszne poczwary; według kłamliwych opowiadań, w okolicach podrównikowych takie panowały upały, że okręty same zapalały się od żaru słonecznego.

Cóż więc dziwnego, że rodzice Jana, niewiele oświeceni a łatwowierni, drżeli na samą myśl żeglugi i starali się odwieść go od puszczenia się na morze. Powoli jednak, jak mówiliśmy, obawy ich poczęły się uspokajać, i nabierali nadziei, że syn już zapomniał o swoim zamyśle.

Jednego poranku cała rodzina, według zwyczaju, zebrała się w izbie, i odmówiwszy pacierze poranne, zasiadła do śniadania. Z wielkiem jednakże wszystkich zadziwieniem, Jan się nie stawił: on, który zawsze był pierwszym, nigdy na siebie czekać nie dawał, dziś spóźnił się.

Matka spoglądała niespokojnie ku drzwiom, ojciec siedział chmurny i zasępiony. Smutek rodziców oddziałał na dzieci, żadne nie śmiało się odezwać.

– Co się to ma znaczyć, że Janek nie przychodzi? – zawołał ojciec po chwili. – Cóż to, czy nie wie, że o tej godzinie śniadamy?

– Przyjdzie, tylko musiało go coś ważnego zaskoczyć – odezwała się matka.

Jeszcze nie domówiła tych słów, gdy w sieni dały się słyszeć czyjeś kroki, ktoś ujął za klamkę.

– Ot, widzisz, idzie – rzekła matka.

Drzwi roztwarły się, a w progu stanął nie wyczekiwany Jan, tylko obcy jakiś zupełnie młodzieniec.

Zawiedzeni rodzice spojrzeli na przybysza, jakby pytając, z czem przychodzi.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!- odezwał się obcy, imieniem Bożem poczynając rozmowę.

– Na wieki wieków, amen!-odpowiedział ojciec.-A co nam przynosicie?

– Pożegnanie od waszego syna. Janek wybrał się z szyprem do Gdańska. „Idź, rzekł mi, do mojego rodzica, bo ja nie mam odwagi serca mu krwawić. Powiedz, że gdy mi już dawno pozwolił płynąć morzem, a właśnie zdarza się ku temu dobra okazya, toć jadę do Gdańska; może, gdybym sam poszedł, toby ojcowie bardzo się markocili; więc idź i powiedz, że im ściskam nogi, a o błogosławieństwo i modlitwy na drogę proszę.” Ot, godziny jeszcze niema, jak opuścił miasto i ruszył w drogę.

Głuche milczenie zapanowało zrazu; potem matka i dzieci zaczęły głośno płakać.

– Nie zobaczymy już więcej Janka! – zawołała siostrzyczka.

– Oj, co nie, to nie! – mówiła biedna matka, załamując ręce.

Jeden ojciec milczał; powstawszy od stołu, przechadzał się po izbie, lecz zmarszczki, które jak ciemne chmury zbierały się na jego czole, zapowiadały grożącą burzę. Dzieci z obawą spoglądały; obcy gniótł czapkę w ręku i nie wiedział, co począć: zostać, czy iść?

W reszcie najmłodsza dziewczynka zbliżyła się do ojca, i ująwszy go za rękę, spojrzała w oczy miłosiernie, mówiąc:

– Nie gniewajcie się, tatusiu, na Janka. Matusia powiada, iż kiedy rodzice gniewają się na dzieci, to i Pan Bóg gniewa się także na nie i nie kocha ich; a przecież tatuś nie chce, żeby Pan Bóg przestał kochać Janka, a jakby Pan Bóg nie kochał braciszka, to mogłoby go spotkać jakie nieszczęście, a on od nas tak daleko!

Słowa niewinnej dzieciny spędziły chmury z czoła biednego ojca, łzy zabłysnęły w jego oczach i rzekł ze w zruszeniem:

– Niechaj mu Pan Bóg Wszechmocny błogosławi w jego zamysłach!

To powiedziawszy, uściskał córkę, a zwróciwszy się do wyrostka, stojącego wciąż jeszcze we drzwiach, rzekł mu, aby zasiadł razem z nimi do stołu. A gdy matka zastawiła przed nim polewkę, ojciec zaczął wyrostka wypytywać o syna.

Obcy ów niewiele mógł objaśnić. Wiedział tylko tyle, iż odważny chłopiec miał się udać prosto do Gdańska. Dokądby zaś potem, czy do Danii, czy do innego zamorskiego kraju, zamierzył ruszać, o tem nic nie wie, bo i sam Janek o tem nie wiedział, a dopiero miał się dowiedzieć w Gdańsku.

Mówił też, że ów szyper musiał o wszystkiem wiedzieć, bo on to z Jankiem wciąż na uboczu radził i snadź go do tej drogi namówił. On też obiecał Janka żywić przez drogę aż do samego Gdańska, gdzie dopiero miał się sam starać o siebie.

– Jeżeli tak – rzekł ojciec, – to niema co się bardzo kłopotać. Janek sam sobie w Gdańsku bez pieniędzy i znajomych rady nie da i będzie musiał powrócić do domu.

– Oby tak się stało! – rzekła matka. – Ale się nacierpi biedy po drodze.

– Nic mu się nie stanie, a dobrze, że kawał świata zobaczy.

– Dajże Boże, aby rychło wrócił! – szepnęła matka.

Dzieci, słysząc rodziców tak mówiących, odzyskały wesołość. Po śniadaniu obcy, podziękowawszy za gościnę, skłonił się i wyszedł.

Z razu wesoło było w domu rodziców Janka.

Prawie każdego dnia spodziewano się, że wróci, a jednak tydzień za tygodniem, a miesiąc za miesiącem schodził, a słychać o nim nie było. Ojciec wywiadywał się o ludzi, przybywających z Gdańska, wypytywał ich o syna, ale nikt mu o nim wiadomości dać nie mógł. Gdzież tam kto w takiem mieście ogromnem, gdzie tysiące obcych ludzi z całego zjeżdżają się świata, mógł zauważyć młodego chłopca!

W rok dopiero potem przybiegł jednego dnia wyrostek, który doniósł niegdyś rodzicom o podróży Janka, i zawiadomił ich, że szyper, z którym ich syn poszedł do Gdańska, jest w mieście.

Pośpieszył co żywo ojciec, zobaczył się z owym człowiekiem w jednej gospodzie, ale tyle się tylko dowiedział o Janku, że w miesiąc po przybyciu do Gdańska, chłopiec przyszedł pożegnać się z nim i powiedział, że dostał miejsce na okręcie: na jakim jednak, na duńskim, czy norweskim, tego sobie szyper przypomnieć nie mógł.

Wrócił ojciec do domu wielce strapiony, a i przed żoną smutku swojego ukryć długo nie mógł. Ile się matka napłakała, nie trzeba mówić, gdyż uważała syna jako na zawsze straconego; płakały i siostry, chociaż nie tak bardzo, jak matka, bo też straty nie pojmowały jeszcze.

Smutek zagościł na dobre w domu biednych ludzi. Ojciec sobie nie mógł wybaczyć, że tak łatwo dał mu pozwolenie na ową, drogę. Matka obwiniała go w duszy, ale słówkiem jednem nawet poznać nie dała.

Jedyną pociechą strapionej rodziny bywała rozmowa o Janku i nadzieja, że Bóg go kiedyś powróci. Wszyscy też codziennie przy rannym i wieczornym pacierzu o to Pana Boga prosili.

Tak upłynęło lat kilka w smutku, ale też i nie bez nadziei, że kiedyś będzie weselej. Rodzice podstarzeli się, dzieci popodrastały, a o Janku słychać nie było; powoli zaczęli nawet tracić nadzieję, czy go kiedykolwiek jeszcze zobaczą.

Nakoniec nadszedł rok 1474, pamiętny srogą zimą. Na Wszystkich Świętych chwyciły mrozy, ale już i Wigilia Bożego Narodzenia nadeszła, a ani na chwilę nie sfolgowało: ani jednej odwilży, owszem, zdawało się, że codzień zima większej nabiera mocy.

Rodzina Jankowa nie wychylała się z domu; dokładano tylko wciąż drzewa do pieca, otykano starannie drzwi i okna, a i tak jeszcze mróz srodze dokuczał.

W wigilię N. Panny Gromnicznej srożył się mróz bardzo silny; wieczorem całe kółko rodzinne, zajęte pracą, obsiadło stół w pobliżu pieca; nagle ktoś zakołatał silnie do drzwi. Wybiegła starsza dziewczynka zobaczyć, kto to taki, i wróciła wnet, mówiąc, że jakiś obcy, przeziębły, prosi o gościnę.

Zerwał się natychmiast ojciec i poszedł do sieni, aby wprowadzić przybyłego. Po chwili wrócił, a z nim razem wszedł podróżny, otulony ciemnym płaszczem, z nasuniętą głęboko kapicą na czoło.

Wszyscy zwrócili z ciekawością wzrok na przybyłego.

Podróżny stał przez chwilę nieruchomy; nakoniec, drżąc od wielkiego wzruszenia, zaledwie zdołał szarpnięciem zrzucić płaszcz i kaptur, a potem, przypadłszy do nóg starego, zawołał:

– Panie ojcze, to ja!

– Janek! Janek! – krzyknęli wszyscy, otaczając klęczącego.

Przez chwilę słychać było tylko rzewne łkania i jakieś niezrozumiałe słowa. Matka, acz najbardziej wzruszona, pierwsza oderwała się od syna, ażeby mu podać posiłek. Ojciec poprowadził go za stół, posadził obok siebie, a pomiędzy resztą rodzeństwa o mało spór nie wybuchnął, bo każde chciało usiąść jak najbliżej brata, odzyskanego jakby cudownem zrządzeniem i od tak dawna straconego.

Gdy matka zastawiła wieczerzę i wszyscy ochłonęli z pierwszego wzruszenia, rzekł ojciec:

– No, mój synu, opowiedzże nam teraz, gdzie byłeś i coś uczynił.

– Niechże się wprzódy pokrzepi – przerwała matka; – biedactwo takie zdrożone, jeszcze się nie ogrzał, a ty mu każesz opowiadać.

– Ale jak Jaś wyrósł! Toć on wyższy od tatusia – mówiła najmłodsza siostra.

– Wszystko opowiem, najmilsi rodzice. Zmęczenia i trudu nie czuję, skoro was widzę.

I zaczął znowu całować ręce ojca i matki i ściskać rodzeństwo.

– Najpierw powinienem przebłagać pana ojca i matkę, żem wam tyle strapienia przed pięciu laty narobił, oddalając się bez waszej wiadomości, kryjomo. Ciężko mi to było, ale jakoby coś pchało mię ku temu Gdańskowi, żem się nie mógł powstrzymać. Droga była daleka i dla młodego chłopca trudna do przebycia, gdyby nie ów poczciwy szyper, który mię żywił i wiódł z sobą. Po dostaniu się na miejsce, ów człowiek zajął się swojemi sprawami, a ja musiałem już sam myśleć o sobie. Ciężko mi było, nieraz i głodu przymarłem, nieraz już i wrócić chęć miałem, tylko mię wstyd wstrzymywał. Nakoniec, nosząc raz towary na okręt duński, wpadłem w oko kapitanowi, i przyjął mię do służby. Parę lat zeszło na ciężkiej pracy; pływaliśmy do Szwecyi i do Norwegii, do Anglii i do Holendrów nawet, rozwożąc towary gdańskie, a przywożąc tamtejsze. Z czasem wyuczyłem się tyle, żem wreszcie na sternika postąpił. Zawsze jednak chęć odkrywania cudzych krajów mię trapiła, a nie wiedziałem, jak temu zaradzić. Właściciel okrętu znał dobrze te moje zamysły, a dowiedziawszy się, że Chrystyan, król duński, gotuje wyprawę do Islandyi i Grenlandyi, powiedział mi o tem, radząc, abym się starał do niej dostać. To jednak nie było rzeczą łatwą, bo zależało od pozwolenia samego monarchy. Długom czynił zabiegi, ale nigdzie mi się nie wiodło, nikt mię nie znał i nikt pomódz nie chciał. Aż wreszcie innego sposobu nie widząc, pomodliłem się gorąco i postanowiłem iść do samego króla, gdy będzie posłuchanie dawał, i prosić go, aby mi z onym okrętem jechać pozwolił. Kiedy nadszedł dzień, w którym stanąć miałem przed królem, ledwie nie utraciłem odwagi. Zaszedłem do pałacu, ale jeszcze mię tu większa trwoga napadła; największej przecież doznałem, kiedym stanął przed samym monarchą, siedzącym w całym blasku majestatu na tronie, otoczonym najpierwszymi panami królestwa duńskiego. Westchnąłem do Pana Boga, a gdy nadeszła na mnie pora, acz wielce zmieszany, śmiałym i wyraźnym głosem powiedziałem moją prośbę. Król Chrystyan wysłuchał mię, spojrzał mi bystro w oczy i spytał: – „I dlaczegóż to, cudzoziemcze, chcesz należeć do tej wyprawy? Czy cię ciągnie chęć zysku i nagrody, jakie obiecałem tym, którzy szczęśliwie wrócą?” – „Nie wiem, miłościwy królu – odrzekłem, – czy są jakie nagrody obiecane. O zysk nie stoję, pragnę tylko zwiedzić dalekie kraje, aby ich mieszkańców dzikich, którzy nie znają świętej wiary katolickiej, z pogaństwa wybawić, a dla Pana naszego Jezusa Chrystusa pozyskać. Pragnę odkrywać nieznane ziemie, ażeby narodom tam żyjącym słudzy Boży nieśli światło wiecznego zbawienia. O ten tylko jeden zysk stoję, innego nie chcę, ani żądam.” Król mile przyjął moją mowę i powiedział :- „Młodym jesteś jeszcze, i nie wiemy, czy wiele pożytku mieć będzie z ciebie kapitan okrętu, ale masz dobre chęci i miej tylko wytrwałość, a czyń, jako mówisz. Pozwalamy ci przyłączyć się do tej wyprawy.” – Odbyłem tę wyprawę, dwa lata trwającą. Zwiedziłem wielką wyspę Islandyę i Grenlandyę, a gdyśmy utracili w drodze kapitana i sternika, ja ich miejsce zająłem i okręt szczęśliwie do stolicy doprowadziłem. Za powrotem król mię wspaniale wynagrodził tym oto darem.

I złożył przed rodzicami na stole ciężki łańcuch złoty.

– A więc teraz pozostaniesz z nami – rzekła ucieszona matka.

– Uczyniłeś zadość swym chęciom – mówił ojciec – i nie żal mi, żem ci jechać pozwolił.

– Przyrzekłem królowi, że powrócę i raz jeszcze popłynę na odkrycie nieznanych krajów. Właśnie monarcha wydał już rozkazy, aby śpiesznie gotowano okręt, który mam prowadzić – mówił nieśmiało Jan.

– Jak to,- rzekł ojciec oburzony,- więc znowu chcesz nas opuścić? Przywiódł cię szczęśliwie P an Bóg do domu, a ty zamiast podziękować Mu za to, odważasz się doświadczać Jego miłosierdzia?

– Panie ojcze – rzekł Jan pokornie, – żądasz więc, żebym był nieposłusznym królowi, który nietylko mię łaskami obsypał, ale nadto tyle zaufania okazuje, że cudzoziemcowi własny okręt i ludzi swych powierza?

Przez kilka chwil głuche panowało milczenie.

– Król będzie sądził-mówił dalej Jan,- żem się uląkł dalekiej drogi, że Polak nie umie dotrzymać danego słowa; obiecałem wrócić.

– Obiecałeś wrócić, pocóż więc odjeżdżałeś?… Mogłeś zostać odrazu – rzekł ojciec.

– Gdy ujrzałem już okręt gotowy do drogi, wtedy, najmilsi ojcowie, stanęliście mi przed oczyma. I prosiłem króla, aby mi do was jechać po błogosławieństwo dozwolił. „Jedź, rzekł król, a powracaj rychło, bo z wiosną wyruszyć trzeba, a jeszcze dużo przygotowań masz poczynić do tak długiej i dalekiej podróży.”

I rzekłszy to, padł Jan do nóg ojcu, a ściskając, o pozwolenie prosił:

– Nie odmawiajcie mej prośbie, uczyńcie krzyżyk nad moją, głową, a Pan Bóg pobłogosławi mej drodze i szczęśliwie do domu przywiedzie.

Chociaż myśl powtórnego rozstania z synem była dla rodziców bardzo bolesną, jednakże widząc tak wielką chęć w synu do wędrowania, a nadto zważywszy, że dał słowo królowi, iż poprowadzi wyprawę za morze, rodzic rzekł:

– Jedź, dziecko moje, nie będę cię wstrzymywał. Może cię też Pan Bóg obrał sobie za narzędzie, abyś służył do rozszerzenia Jego chwały na ziemi. Niechże cię Bóg najmiłosierniejszy ma w swej opiece i szczęśliwie po bezdennych morzach prowadzi. Pobłogosławże mu i ty, matko.

Matka, łzami zalana, nie wyrzekła ani jednego słowa, tylko wyciągnęła ręce nad głową klęczącego syna, przeżegnała go trzykrotnie, a potem objęła głowę i kilkakrotnie gorąco ucałowała.

Jan powstał, uścisnął braci i siostry i potem rozmawiali.

W kilka dni potem, pożegnawszy rodziców, braci i siostry, miasto rodzinne i przyjaciół, pośpieszył znowu do Kopenhagi, gdzie go Chrystyan I niecierpliwie wyglądał.

Wróżąc sobie wielkie dla państwa z odkrycia nowej ziemi korzyści, król duński chętnie podał przyjazną dłoń Janowi.

Gdy młodzieniec oświadczył, iż nim puści się w dalszą podróż, pragnie pierwej pożegnać rodzinę, Chrystyan I posądził go, iż stracił odwagę, że jak wielu młodych zapaleńców, przedsięwziął bez zastanowienia rzecz nad siły, a gdy przyszło do jej wykonania, cofnął się tchórzliwie. Lecz gdy Jan powrócił do Kopenhagi, i stawiwszy się na zamku oświadczył, iż trwa ciągle w powziętem raz postanowieniu, uścisnął go życzliwie.

– Odkryj nowy ląd, a zdobyczą podzielimy się po połowie – rzekł mu król w nadmiarze dobrego humoru, był bowiem przekonany, iż młodzieniec znajdzie jaką złotodajną ziemię.

Roku 1476 Jan Scolnus, takie bowiem marynarz polski przybrał nazwisko, na pamiątkę miasta Kolna, z którego był rodem, odprowadzony przez króla i dwór cały aż do portu, wsiadł na przeznaczony dla niego statek, ze szczupłą garstką towarzyszów i przez cieśninę Kategat wypłynął na obszerne wody morza Północnego.

Najpiękniejsza pogoda sprzyjała podróżnym; niebo, nie zasępione najlżejszą chmurką, zdawało się błogosławić ich przedsięwzięciom; okręt, pchany lekkim powiewem wiatru, posuwając się równo, bez żadnej przeszkody ku północno-zachodnim stronom, dostał się na wody Atlantyckie i dobił szczęśliwie do brzegów Islandyi.

Pokryta lodami i śniegami, zalana lawą wulkaniczną, wyspa Islandya, tylko gdzieniegdzie zielenią skąpo przytrząśnięta, przykre uczyniła wrażenie na marynarzach. Niedługo też na niej zabawili. Zwiedziwszy ciekawsze jej strony, zaopatrzywszy się w świeże zapasy żywności, ruszyli w dalszą, podróż, pełni otuchy i nadziei, iż dopłyną niebawem do jakiegoś lądu, nieznanego im jeszcze. Lecz wkrótce przekonali się, iż przedsięwzięcie ich nie było rzeczą tak łatwą, jak się to im z początku zdawało. Pogodne zrazu niebo po kilku dniach zasępiły ciemne chmury, i burza straszna powstała na oceanie. Marynarze byli w śmiertelnej trwodze, lecz Opatrzność widocznie nad nimi czuwała, bo niebo się rozjaśniło, a oni, nie poniósłszy żadnej szkody, płynęli dalej. Potem inne znów niebezpieczeństwa poczęły ich trapić : trąby morskie, grożące zalaniem, ukryte pod wodą ławice z piasku, rafy, góry lodowe i inne przeszkody; łatwo było rozbić się z okrętem lub uwięznąć śród lodów.

Znosili przecież odważnie te wszystkie przeciwności; lecz kiedy po kilkumiesięcznej podróży nigdzie dojrzeć nie mogli lądu, gdy spostrzegli przytem, że zapasy żywności, które zabrali z sobą, zaczynają się wyczerpywać, wtedy odwaga zaczęła ich opuszczać. Zwątpienie, wkradłszy się w ich serca, zasiało w nich ziarno niezgody; Jan musiał znosić codziennie od swych towarzyszów przykre wymówki, iż namówił ich do tak niebezpiecznej wyprawy.

– Zginiemy przez ciebie śmiercią głodową na tej wodnej pustyni; odpowiesz Bogu za zmarnowane nasze życie, za łzy naszych rodziców, żon i dziatek – mówili mu z goryczą.

Inni unosili się gniewem, złorzeczyli i grozili śmiercią.

Jan cierpiał okropnie, żal mu było bowiem tych ludzi; nie upadł wszakże na duchu, wierzył wciąż silnie, iż jeśli wytrwają tylko, znajdą ląd nowy. Słowami pokoju i powagi przemawiał do tych słabych ludzi i przykładem zachęcał ich do wytrwania. Ale cóż mogły pomódz jego słowa, gdy coraz smutniejszy los im zagrażał!

Codzień skromniejszą porcyę chleba i solonego mięsa rozdawał Jan swym towarzyszom i codzień głośniejsze szemrania podczas rozdawania posiłku podnosiły się na pokładzie okrętowym.

Obiad odbywał się zwykle w samo południe. Wyczekiwali wszyscy tej godziny niecierpliwie, gdyż dla oszczędności podróżni jadali raz tylko na dobę. Jan nigdy nie spóźniał godziny posiłku: gdy słońce wskazało południe, zjawiał się zawsze na pokładzie i rozdawał żywność załodze, zachęcając przytem do cierpliwości.

Jednego dnia wszakże, lubo słońce wzeszło już wysoko, on nie pokazał się mimo to załodze; zrazu marynarze czekali cierpliwie, myśląc, że zdrzemnął się nieco, lecz gdy czas upływał, głód dawał się we znaki, a dowódcy statku nie było widać i kosza żywności również, poczęli ustawicznie spoglądać ku kajucie, gdzie Ja n schronił się był od rana.

– Czy myśli nie dać nam nic dzisiaj? – pytali siebie wzajemnie.

Słońce powoli zaczęło zachodzić, niecierpliwość majtków wzrosła, głuche zrazu niezadowolenie zmieniło się niebawem w groźne szemranie.

– Chleba chcemy! – poczęły odzywać się pojedyncze głosy.

Potem naraz ze wszystkich piersi wyrwał się groźny okrzyk:

– Chleba! chleba!

Słowa te odbiły się o ściany kajuty, dosłyszał je Jan i ręce załamał z rozpaczy.

On już dawno wiedział, iż zapasy żywności są wyczerpane, że nie będzie tego dnia co dać jeść załodze, ani dni następnych; lecz liczył, iż może ułowią jaką rybę, że może ziemię nową odkryją wreszcie…

Tymczasem południe minęło, nadzieje jego spełzły na niczem, a załoga wołała:

– Chleba!

– I cóż im powiem teraz? – pytał sam siebie. – Ha, trzeba prawdę powiedzieć: niech mnie sądzą, niech mnie karzą, jak zechcą!

To powiedziawszy, ujął krucyfiks, stojący na stole, postąpił pewnym krokiem naprzód i stanął na pokładzie spokojny, z czołem śmiało podniesionem.

– Bracia!-rzekł drżącym od wzruszenia głosem, – sądźcie i karzcie mnie: nie mam już dla was chleba. Lecz, Boże, Ty świadkiem przecież jesteś – dodał, podnosząc wzrok ku niebu, – żem nie zawinił względem tych ludzi, że nie namawiałem nikogo do tej podróży, przyjmowałem tylko tych, którzy się prosili na mój okręt.

Słowa te i powaga, z jaką były wymówione, oddziałały na wzburzonych marynarzów; przyznali słuszność Janowi. Sami dobrowolnie przedsięwzięli tę podróż, sami prosili go, aby ich za brał; tylko chęć zysku, tylko nadzieja zdobycia skarbów popchnęła ich do tej niebezpiecznej podróży, ponosili zatem karę za swą chciwość.

Głuche milczenie zaległo pokład; każdy, wszedłszy w siebie i uznawszy się winnym, nie śmiał czynić wymówek Janowi.

Widząc tę zmianę usposobienia towarzyszów, Jan przemówił do ich serc, aby nie tracili odwagi.

– Uklęknijmy i polećmy Bogu nasze losy – rzekł do nich.

To powiedziawszy, sam zgiął kolana, za nim inni to samo uczynili. Uroczysta cisza zapanowała na okręcie, słychać było tylko szum bałwanów i szmer szeptanej cicho modlitwy.

Naraz na pokładzie rozległ się wyraz słodki, upragniony, który oznaczał życie dla nieszczęśliwych marynarzów.

– Ziemia! – krzykną! sternik głosem donośnym.

Marynarze porwali się z kolan, powstał i Jan, spojrzał przed siebie: tam zdala czerniały rzeczywiście brzegi jakiegoś lądu.

– Ziemia! – powtórzyły wszystkie usta, a radosne echo tych słów rozległo się daleko po oceanie.

Ożywieni nadzieją, marynarze rozpuścili wszystkie żagle, okręt jak strzała posunął się po przezroczystej wód toni; rozpacz, której przed chwilą oddawała się załoga, ustąpiła miejsca radości; śmiechy, żarty, wesołe pieśni zabrzmiały na pokładzie; zdala widziany ląd wynurzał się tymczasem coraz wyraźniej z fal oceanu. Żeglarze już wątpić nie mogli, że odkryli świat nowy. Wreszcie upragniona chwila nadeszła, okręt zbliżył się do brzegu, szalonej radości okrzyki rozległy się na nim.

Wyskoczywszy razem z całą załogą na ziemię, Jan zatknął na niej znamię duńskiego państwa, oraz krzyż, godło wiary Chrystusowej i zbawienia, poczem, padłszy na kolana, gorąco podziękował Bogu za szczęśliwie odbytą podróż.

Marzenia Janka ziściły się zatem, okrył sławą swe imię, bo wskazał światu, że dowodzenia Eriksona i Hernefsona, Islandczyków, żyjących jeszcze na początku X wieku, oraz innych śmiałych marynarzy, mylne nie były, że po za Islandyą znajdował się rzeczywiście świat inny.

Towarzysze Jana i sam król Chrystyan doznali wszakże zawodu, bo też ich przedsięwzięciem kierował cel zupełnie inny; oni pragnęli jedynie znaleźć jako nową kopalnię złota, aby się zbogacić. Tymczasem ziemia, odkryta przez Jana z Kolna, zwana dziś Labradorem, okazała się ubogą krainą, śniegami tylko i lodami pokrytą.

Zawiedziony w swych oczekiwaniach Chrystyan, nie domyślając się, iż Labrador jest przedsionkiem do krainy złota, srebra i drogich kamieni, zaniechał czynić dalszych poszukiwań, i o odkryciach Jan a wkrótce zapomniano.

Dzisiaj Labrador stanowi posiadłość angielską. Tworzy on część północno-wschodnią wielkiego półwyspu, graniczącą z niższą Kanadą, zatoką Hudsońską, cieśniną Belle-Isle i zatoką św. Wawrzyńca. Przy jego wybrzeżach znajduje się mnóstwo skał i wysp, klimat posiada bardzo ostry, lato zaczyna się tam dopiero w lipcu, a już we wrześniu rozpoczyna się zima. Z tych powodów Labrador należy do najmniej znanych stron Ameryki Północnej; badano dotychczas tylko jego pobrzeża, wnętrze zaś kraju, poprzerzynane nagiemi górami, smutne i ubogie, nie nęci cudzoziemców. Pomimo nazwiska, jakie ma, a które oznacza ziemię orną, w południowej tylko części znajdują się małe topole, nizkie sosny, brzozy i wierzby. Gęste lasy należą tam do rzeczy rzadkich. Na brzegach północnych całą roślinność stanowią, trawy, zioła, mchy i bluszcze. Dla Anglii Labrador ważnym jest przecież punktem, gdyż dostarcza jej futer i ryb, których handlem trudni się kompania, utrzymująca wyłącznie w tym celu stacye i osady.

Dopiero w 14 lat po Janie z Kolna, Krzysztof Kolumb, tą samą party nadzieją, iż znajdzie świat nieznany jeszcze nikomu, puściwszy się na morską wyprawę, odkrył Amerykę. Tak więc nasz ziomek pierwszy zatknął krzyż na ziemi amerykańskiej, lecz, niestety, imię jego jest zapomniane i dziś mało komu już znane. Odkrycie Labradoru przypisują nawet współcześni Wenecyaninowi, Sebastyanowi Cabatowi, z krzywdą tego, któremu się ta zasługa należy.

Opowiadanie pochodzi ze zbiorów Biblioteki Narodowej. Domena Publiczna POLONA

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie Polityka Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close